..........walizka pełna sprzeczności..........

się napisało

2011
sierpień
lipiec
czerwiec
luty
styczeń
2010
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec


odwiedzili


Linki

ciepło
aksamit

podglądam
add
spas
makatka
mysli-kochliwe
januszkiewicz
wamp
blog króla podwórek
sodz

artyzmaty
dystans
goro

blog.pl

Info:
walizka by Balar
ławka by Michelle







2011-07-27 23:00:25

prorok


i choć
nie wierzyła
że kiedykolwiek
to nastąpi
któregoś dnia

zamknie drzwi i
i ciężko zejdzie
po schodach
na sam dół

na boleśnie
czerwone
słońce
i noga
za nogą.....


Niech domy śpią,
niech matki śpią,
niech żony śpią,
tam za mgłą, za mgłą..


skomentuj (0)





2011-07-27 22:20:02

jakkolwiek


aaaaaaa
nie chce mi się!


skomentuj (1)





2011-06-13 22:17:20

gówniana fikcja


kiedy człowiekowi jest źle, instynktownie patrzy w dół.

uświadamiam to sobie i podnoszę wzrok do góry.

I już wiem.

to niebo tak cholernie boli!


skomentuj (1)





2011-02-19 06:21:29

Felippe


Kocham zimę! Szczególnie tę lutową, kiedy człowiek tęsknie wyniuchuje pierwiosnki. Tymczasem o 5 rano budzą tego człowieka pługi śnieżne, warczące pod oknem. Czy one nie wiedzą, że potrzebuję trochę snu???

Poszwendałam się więc po zaprzyjaźnionych blogach. Odnotowuję wielki powrót Janusza i ponad roczną już ciszę u Kasi. A ja zawieszona pomiędzy nimi, bo i w życiu wiszę.... Chciałabym mieć coś mądrego do napisania. Nie mam.

Czas znowu zatoczył dla mnie koło. Znowu "przerabiam" poprzedni rok. Tym razem jednak naprawdę, nie w pamięci. I jest to mocne, wspaniałe przeżycie. Bogate.

Najpierw szok i niedowierzanie, bo to się nie miało prawa zdarzyć. Potem doszedł wstyd. Wstyd, że wpadłam w jakieś koleiny i teraz już na zawsze zostanę matką polką. Wstyd, że życie decyduje za mnie. I wstyd, że tak myślę. Pojawiło się poczucie winy, że przeżywam to tak, a nie inaczej. Zamiast euforii, radości, szczęśliwych łez, nie potrafię zaakceptować daru otrzymanego od losu. Ładny nowy start....
I dopiero niedawno zaczęłam się autentycznie cieszyć na to nowe życie. Musiałam do tego dojrzeć. Trochę trudniejsza ta miłość od poprzedniej, ale ma swój smak. Bardzo niepowtarzalny. I wdzięczna jestem losowi, że mogę tego tak doświadczać :)


skomentuj (3)





2011-01-07 22:59:07

a jednak szkoda...


...że moje życie tak się ustabilizowało i osiadło na mieliźnie. Owszem, uwielbiam ten czas. Kocham zwyczajność każdego dnia. Dobrze mi z poczuciem bezpieczeńtwa.

Tylko trochę żal, że to wszystko nie mobilizuje. Trwam, ale nie tworzę. Tego żal.

Klosz, pod który trafiłam, wyjaławia mnie. Nie zmusza do niczego. Czyżbym opustoszała?


skomentuj (3)





2010-09-16 19:27:16

brzozy umierają pierwsze


uwielbiam nasz las. Pierwszy raz byłam tu na spacerze z Pawłem - na jednej z naszych pierwszych randek. Pomyślałam wtedy - to nie las, to park: szerokie aleje, ławki, dużo ludzi. Dziś tak nie myślę - prócz autostrad, które są całkiem fajne dla mam z wózkiem - można znaleźć tu fantastyczne zakątki.

Witamy tu pierwsze pąki, brmiemy przez śniegi wdychamy deszczowe powietrze, podziwiamy mgły, kolory, słońce prześwitujące przez gałęzie drzew. I za każdym razem las objawia się inaczej.

Bo las nigdy nie jest taki sam. O każdej porze dnia i każdej porze roku odsłania nową i nową twarz. Kolory się zmieniają, zapachy się zmieniają, cała atmosfera za każdym razem jest inna. W upały i las był spocony. Ostatnio robi się chłodno. Mieliśmy spacer w podeszczowy dzień. Powietrze przesiąknięte wilgocią, głęboka zieleń nawilżonych drzew i krzewów, trochę mgliście i bardzo, bardzo dostojnie.
- patrz, już jesień - powiedział Gros pokazując mi pożółkłe liście pod naszymi stopami.


skomentuj (1)





2010-07-23 23:30:00

41


Ciąża to był najpiękniejszy okres mojego życia. uwielbiałam mój rosnący brzuszek. Uwielbiałam to, co rozkwitało w środku. Godzinami mogłam kontemplować kuksańce, kopnięcia i wszelką jego działalność wywrotową. Był to też czas wspaniałego spokoju, wyciszenia, dojrzewania i oczekiwania.
Najtrudniej było na początku i na samym końcu. Na początku - wiadomo - strach, że coś się nie uda, drżenie o każdy dzień.
Na końcu za to narastał stres, że ta ciąża jakoś się nie chce skończyć sama z siebie. Frustrowały mnie komentarze lekarzy i położnej, że nic się nie zaczyna dziać, a przecież już powinno. Irytowały telefony z pytaniem, czy to już, albo oczekiwania rodziny, że po każdej wizycie u lekarza będę zdawać relację. Nagle mój brzuch stał się własnością publiczną i każdy rościł sobie prawo do interesowania się jego stanem. Mojej mamie, na pytanie "to kiedy rodzimy" tak się dostało, że przez dwa dni nie miała odwagi zadzwonić.
I to nadmierne zainteresowanie najprzeróżniejszych obcych ludzi. Wiem, że wynikało z dobrej woli. Szkoda, że oni nie widzieli mojej reakcji alergicznej :)

W sklepie ze zdrową żywnością sprzedawczyni któregoś razu współczuła mi, że bardzo się muszę męczyć z tym brzuchem w takie upały. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie jest tak źle. Jej komentarz był w stylu "no tak, polska kobieta". Dlatego następnym razem, kiedy znowu mi współczuła, przytaknęłam, że jest fatalnie.

W salonie kosmetyczka zapytała, kiedy mam wyznaczony termin porodu. Kiedy odpowiedziałam jej, że dziś, była autentycznie przerażona. Kilka godzin później w tym samym salonie byłam umówiona z fryzjerką. Spóźniłam się kwadrans i okazało się, że wszyscy obecni obstawiali, czy przypadkiem nie pojechałam rodzić :)

Jednak najwięcej stresu wprowadzali do mojego życia lekarze, badając długość mojej szyjki i strasząc mnie wywoływaniem ciąży. Ostatni tydzień składał sie z regularnych wizyt w szpitalu na ktg. W środę lekarz poinformował mnie, że jeśli za kilka dni nie będzie postępu, położą mnie do szpitala. Sugerował, że jeśli przy następnej wizycie lekarz dyżurny zaproponuje mi taką opcję, żebym się nei wahała "bo wie Pani, teraz naprawdę ciężko o miejsce na porodówce. A tak będzie je pani miała zapewnione. Gdyby dziś było wolne łóżko, położyłbym panią".
Nie wiedział, że tego bałam się najbardziej. Dlatego zgodnie z zaleceniami lekarzy i położnej robiłam wszystko, żeby wywołać skurcze i zmiękczyć szyjkę. Moje ciało stało się instrumentem służącym do wykonania zadania.

Miałam się męczyć, sprzątałam więc chałupę, myłam okna (dopóki nie usłyszałam, że nie wolno), dużo ćwiczyłam, chodziłam po schodach i na spacery. Na ćwiczkach dla ciężarówek trenerka na mój widok zakrzyknęła"
- o matko, a pani kiedy rodzi?
- no... w zasadzie już
- to co pani tu robi?
- mam się męczyć.


Piłam herbatę z liści malin, łykałam wiesiołek, do obrzydzenia i znudzenia masowałam sutki, a obowiązkowym codziennym rytuałem był seks - nigdy w życiu nie traktowałam swojego ciała tak instrumentalnie, jak w tym czasie. Doszło już do tego, że wieczorem patrzyliśmy na siebie błagalnie, bo żadne z nas nie miało ochoty, a mieliśmy poczucie obowiązku i nadzieję, że to coś pomoże. Nie pomogło....

W piątek usłyszałam, że wpisują mnie na listę rezerwową - od jutra mam dowiadywać się, czy zwolniło się dla mnie łóżko na patologii. Zabrzmiało to jak wyrok. Po wyjściu ze szpitala zadzwoniłam do Franki
- i co?
- jeśli do jutra nie urodzę, położą mnie w szpitalu i będą wykurzać dzidziusia...
- nie dokończylam. W centrum Warszawy, wtulona w ramię Grosa wypłakiwałam swój strach.

A po powrocie do domu ostro wzięłam się do walki, którą - jak się później okazało - wygrałam połowicznie. Przez godzinę trening. Jak mi się to udało w panującym upale - nie wiem. Podobnie z raźnym chodzeniem po schodach. Przez całą ciążę było mi ciężko wdrapać się na 3 piętro, a w ostatnich tygodniach śmigałam jak sarenka.
Wieczorem poszliśmy na spacer do lasu. To był dłuuugi spacer. W międzyczasie spakowałam wszystkie torby szpitalne i zgrałam sobie muzykę. Molestowałam też masażami bogu ducha winne piersi.

I tak o 23:30 odeszły mi wody...


skomentuj (1)